Jak to dawniej bywało… Woda wydalona

Lindleyowie stworzyli w Warszawie nowoczesny system wodno-kanalizacyjny, dzięki któremu nasza stolica stała się w okresie międzywojennym miastem prawdziwie europejskim, nie tylko z racji zewnętrznych modernistycznych fasad, ale też dzięki wewnętrznej infrastrukturze, przydającej mu wielkomiejskości niejako od podszewki. Wierzyć się nie chce, że dziełko, które pozwoliło nam przyjrzeć się tej przemianie, powstało zaledwie kilkadziesiąt lat po tym, jak znany już Państwu Łuczkiewicz przełożył na język polski wielokrotnie tu przywoływaną książeczkę profesora Oesterlena. Ponieważ ma on sporo do powiedzenia o kanalizacji właśnie, posłuchajmy go, mając w pamięci przyszłe dokonania Lindleyów… Oesterlen pisze: Równie ważnym jak dowóz wody do miasta, jest do pewnego stopnia i odprowadzanie jéj. Przekonano się téż niebawem w naszych czasach, podobnie jak w starym Rzymie, że wydalenie wód meteorycznych i wody zużytéj, także z dachów, ulic, kuchni, pralni, warsztatów etc., za pomocą stosownie urządzonych kanałów odwodzących, należy do potrzeb niezbędnych miasta. W przeciwnym razie musiałaby się ta woda zazwyczaj nieczysta, czasem gnijąca, nagromadzać w mieście, mieszkaniach i w ziemi, następnie zanieczyszczać wodę w źródłach i studniach, a przez wyziewy swe, zwłaszcza w lecie, psuć powietrze i szkodzić zdrowiu publicznemu. Pewien niepokój wzbudza fakt, że autor daje w tym momencie sążnisty przypis, podpierając się autorytetem profesorskich głów z całej Europy. Czyżby podejrzewał, że jego czytelnik nie przyjmie na wiarę stwierdzenia, że brud zagraża zdrowiu? Pamiętajmy jednak, że jesteśmy w czasach, kiedy chirurdzy przeprowadzali operacje ubrani we fraki.. Co dalej? W mieście zatém muszą być dwa układy krążenia, podobnie jak w ciele człowieka układ tętniczy i żylny. Jeden z nich służyć ma do dostarczania wody miastu, drugi do wyprowadzania zeń wody zużytéj, nasyconéj najrozmaitszymi odchodami. Tu następują rady, co z owymi ściekami robić. Zdaniem naszego profesora, mają one trafiać do rzek lub innych zbiorników naturalnych oraz – o zgrozo – na łąki i pola. Co na to nasi ekolodzy? Czytajmy dalej. Przy kanalizacyi zatem miasta należy rozróżnić dwa systemy, najściślej ze sobą połączone i związane; jako to: rynsztoki i ścieki czyli zlewy domowe – i uliczne czyli śluzy, odprowadzające zużytą wodę za miasto. Jeżeli zlewy miastowe odpowiadać mają zadaniu, muszą rynsztoki domowe łączyć się z niemi bezpośrednio i łatwo, aby treść ściekowa nie zatrzymywała się nigdzie i nie wsiąkała w ziemię, co sprowadzać musi szkodliwe następstwa. Wypada zaznaczyć, że dochodząc do tej konkluzji, Oesterlen nie wzywa na pomoc uczonych kolegów…

Zajrzyjmy teraz na chwilę do jednego z miejsc, z których dobywa się owa treść ściekowa – uchylmy drzwi dziewiętnastowiecznej toalety. Oesterlen pisze: W rzędzie używanych dotąd wychodków rozróżniamy trzy rodzaje:

1) zwyczajne wychodki z przykrytemi jamami umieszczonemi pod rurą od siedzenia prowadzącą, które to jamy w miarę potrzeby wypróżniane bywają; odmianę tych wychodków stanowią t. zw. Klozety ziemne, gdzie odchody mieszają się z ziemią, popiołem etc., i pokrywają niemi;

2) wychodki beczkowe (t. zw. ruchome), przyczém wydaliny wpadają do beczek, kadzi, wiader, które po wypełnieniu bywają wynoszone i opróżniane;

3) wychodki wodne (waterklozety), w których wydaliny spłukują się natychmiast przez strumień wody, czyto do jam czy też jak zwyczajnie, bezpośrednio do kanałów, rur podziemnych i. t. p.

Dalej następuje wyczerpujący opis owych wychodków, z których najbarwniejszy wydaje się ten dotyczący rozwiązania co się zowie nowoczesnego – waterklozetu. Warto tu przypomnieć, że idea tego urządzenia narodziła się w głowie chrześniaka samej Elżbiety Wielkiej, sir Johna Harringtona, dworzanina i poety. W 1596 roku obdarował on swoją matkę chrzestną luksusową wersją swojego wynalazku. Prezentowała się ona zapewne dużo wspanialej niż urządzenie opisywane przez Oesterlena, nie została natomiast tak drobiazgowo opisana. Posłuchajmy zatem naszego profesora: W spłukujących waterklozetach urządza się naczynie siedzeniowe w formie lejka z fajansu, porcelany lub gliny, wewnątrz glazurowane, albo z żelaza wewnątrz emaliowane na biało, także z blachy cynkowéj, ołowiu, które nie tłuką się tak łatwo i dadzą się dobrze przystosować do siedzenia. Mając na uwadze ewentualną naprawkę, powinno być naczynie przyśrubowane do siedzenia. W dole lejka znajduje się zazwyczaj zastawka, która tamuje przechodzenie gazów z rury spadowéj; za pomocą rączki przy siedzeniu ustawionéj opuszcza się zastawka, przyczém wlewa się do naczynia woda z urządzonego jakimkolwiek sposobem zbiornika, rury, cysterny i. t. p., która wyprowadza odchody do rury spadowéj. Tu pojawia się wzmianka o rozwiązaniu całkiem pomysłowym: Woda napływa często już za otworzeniem drzwi do wygódki, albo za podniesieniem wieka lub ciężarem siedzącego. Tym jakże nowoczesnym akcentem zakończmy dzisiejszą opowieść.

Aleksandra Trzeciecka
Zobacz artykuł w wersji pdf pdf  

Prenumerata Magazynu Instalatora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona korzysta z ciasteczek (cookies) Więcej informacji

Ustawienia plików cookie na tej stronie są włączone na "zezwalaj na pliki cookie", aby umożliwić najlepszy z możliwych sposób przeglądania. Jeśli w dalszym ciągu chcesz korzystać z tej strony, bez zmiany ustawienia plików cookie lub kliknięciu przycisku "Akceptuję", a następnie użytkownik wyraża zgodę na to.

Zamknij