Dotacje a inwestycje a inwestycje w OZE. Kolektory na wsparciu

Zobacz artykuł w wersji pdf pdf pdf pdf

Niektóre jednostki naukowe w Polce przytaczają, że na koniec 2010 r. mieliśmy zainstalowanych 655 tys. m2 kolektorów słonecznych (w ciągu tylko jednego 2010 r. zainstalowano 145 tys. „solarów”. Prawda jest trochę bardziej smutna. Orientacyjnie, wg własnych wyliczeń, można przyjąć, że do końca 2011 r. wielkość zainstalowanych cieczowych kolektorów słonecznych w Polsce nie przekroczyła 600 tys. m2.

Trochę historii Przypomnijmy pierwsze kroki we wsparciu społecznym i realia na rynku instalacyjnym. Do 1995 r. nie było żadnej pomocy ani możliwości uzyskania choćby jednej, symbolicznej złotówki dotacji na kolektory słoneczne. Powodem był fakt, że nie istniało w „Prawie budowlanym”, ani też w „Warunkach technicznych….”, odniesienie do określenia, czym jest „kolektor słoneczny”. Dzięki staraniu wielu osób (w tym własnym zaangażowaniu i stworzeniu wzoru pierwszych określeń prawnych i podstaw „terminologii energetyki słonecznej”) jedyne wsparcie było w osobie dyrektora I Oddziału BOŚ w Warszawie, który zaaprobował projekt przedstawiony mu przez grupę trzech zapaleńców z EKO-PAN. Wsparcie zostało uruchomione w czerwcu 1995 r. i polegało na otwarciu linii kredytowej – preferencyjnej, której warunki uwzględniały:

  • okres kredytowania > 5 lat,
  • okres karencji > 2 lata,
  • oprocentowanie 0,5% stopy redyskontowej weksli,
  • prosty druk wniosku kredytowego (dwustronicowy + podstawowe dane),
  • prosty system poręczenia bankowego, np. 2 żyrantów.

W tym miejscu trzeba podkreślić, że najniższe oprocentowanie w tamtym okresie wynosiło ok. 16% (a banki udzielały kredytu na poziomie 18-26%), co przy łącznym oprocentowaniu max. ca 7% było super niskim oprocentowaniem. Można było wtedy wziąć kredyt na całą instalację solarną lub biwalentną, połączoną z układem centralnego ogrzewania, jako jeden system grzewczy.

Przez okres tworzenia nowych przepisów, w latach 1997-1999, była pewna przychylność wielu osób dokonujących oceny projektów inwestycyjnych z wykorzystaniem OZE. Jednakże pojawienie się na rynku wielu nieuczciwych dostawców, instalatorów i handlowców, spowodowało, że inwestorzy zaczęli z bardzo dużą ostrożnością podchodzić do kredytów dla firm instalacyjnych. Sami chcieli i mogli dokonywać ustaleń warunków kredytowych i sami też mogli brać kredyty dla siebie. Jednakże w roku 2010 okazało się, że zlikwidowano „gminne fundusze ochrony środowiska dopłacające do zadań preferencyjnych”. Działania te wyhamowały szereg inwestycji prywatnych, a osoby które poczyniły starania, a nawet uzyskały decyzje i budowlane i tzw. promesy na dofinansowanie właśnie z gminnych funduszy, zostały z niczym. Mówiąc językiem kolokwialnym, wystawiono szereg ludzi do wiatru, zresztą nie pierwszy raz.

Przez szereg lat analizowano potrzeby rynku i definiowano najważniejsze problemy, aby można było je wyeliminować, a w najgorszym wypadku zminimalizować. Powołano zespoły robocze przy Ministerstwie Środowiska. Przełomem i największą nadzieją było powołanie Krzysztofa Zaręby na Podsekretarza Stanu Ministerstwa Środowiska ds. Energii Odnawialnej. Wielkie nadzieje wiązane z tym stanowiskiem upadły wraz z rozwiązaniem rządu premiera Jarosława Kaczyńskiego.

Apel o dofinansowanie „Energetyki Słonecznej” był kierowany od wielu lat nie tylko do polskiego rządu. Po roku 2004 został sporządzony odpowiedni wniosek w tym kierunku, skierowany również do wszystkich jednostek i osób, które w jakikolwiek sposób mogły w tej sprawie dopomóc.

Przełomem była rzeczowa analiza stanu faktycznego rozwoju sektora energetyki słonecznej, gdzie z jednej strony szumnie podawano, iż w Polce 7,5% zapotrzebowania energii przemysłowej pochodzi ze źródeł odnawialnych i rocznie montujemy ok. 120 000 m2/rok.

Stan obecny Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Energetyka przemysłowa wykorzystuje obecnie maksymalnie ok. 5,2-5,5% energii pochodzącej z OZE, a w zakresie zastosowania kolektorów słonecznych w Polsce to liczba ta faktycznie znacząco wzrosła, ale nie przekracza ca 60-70 tys. m2/rok pochodzącej z krajowej produkcji cieczowych kolektorów słonecznych w skali roku 2010. Firmy produkujące kolektory, które eksportują swoje wyroby, przekazując dane statystyczne, nie uwzględniają specyfiki analizowania tych danych, ale uwzględniają własny wizerunek i kreowanie najwyższych wartości, a to przyczynia się do dezinformacji.

Powodem wybujałych ambicji i aspiracji do osiągania natychmiastowego sukcesu była realna ocena unijnych komisarzy, którzy do 2009 r. uważali, że sami sobie dobrze dajemy radę i nie potrzebujemy w tym kierunku specjalnej pomocy. W tym miejscu wyraźnie trzeba podkreślić, że jest to wina polityki niekompetentnych wypowiedzi i nieprawidłowej statystyki rodem z czasów gierkowskich.

O smutnych realiach przypomniał światowy kryzys gospodarczy i „mydlany sukces”, który prysnął. Zaczęliśmy doceniać własne potrzeby i wskazywać, że nie osiągnęliśmy właściwej pomocy w zakresie odnawialnych źródeł energii ze strony Unii Europejskiej. Ten fakt wpłynął na stworzenie pomocy w zakresie utworzenia dużego limitu finansowego na poziomie 370 mln zł na przestrzeni 3 lat. Jednakże na rok 2010 przeznaczono tylko kilkanaście procent, a gro tych pieniędzy przypadło na rok 2011 i 2012. Mówiąc obrazowo, w każdej gminie w Polsce można było roku z tych źródeł dofinansować raptem 2 kolektory słoneczne wraz z instalacją (mówiąc o dotacji z roku 2009).

Idea a wdrożenie Przyglądając się ocenie ofertowej kilku banków, które konkurencyjnie występowały ze swoją ofertą, można powiedzieć, że idea była szczytna, ale nie do końca zadziałały mechanizmy wdrożeniowe. Powodów można upatrywać kilka:

  • brak czytelnych i krótkich wniosków, które są nadal zbyt skomplikowane dla inwestorów;
  • dofinansowanie do 45% po przeliczeniu realnego kredytu, odliczeniu marży bankowej i innych kosztów, powoduje wykazanie realnej pomocy na poziomie nie przekraczającym > 20% (a bywa, że końcowa analiza wskazuje na zysk rzędu 10-12%);
  • ilość dokumentów do wypełnienia jest mechanizmem odpychającym, a nie przyciągającym inwestorów;
  • uzyskanie kredytu jest opłacalne dla dużych i średnich instalacji, ale nie jest opłacalne dla małych instalacji, gdzie liczba dokumentów i zakres formalności jest taki sam dla wszystkich rodzajów instalacji;
  • realna pomoc nie jest konkretną gotówka, ponieważ inwestor ma jedynie pieniądze wirtualne i nigdy ich nie ogląda, mając możliwość uwidocznienia ewentualnego zysku na papierze i odbiera to jako formę manipulacji wraz z marżą handlową, gdzie wciska mu się na siłę większy rachunek za produkt, który może nabyć taniej (dotyczy tylko małych instalacji).

Należy wskazać, że bardzo źle się stało, że nie podzielono instalacji na grupy, które kiedyś sugerowałem w projekcie Normy – PZPN „Kolektory słoneczne”, wskazując, że:

  • instalacje małe > 20 m2,
  • instalacje średnie 20-50 m2,
  • instalacje duże powyżej 50 m2.

W zakresie małych gospodarstw i małych instalacji mamy największe opóźnienia i zaległości, choć z dumą należy podkreślić, że Polacy w zakresie OZE osiągnęli w 10 lat to, co na Zachodzie Europy nasi sąsiedzi osiągali przez blisko 30-40 lat. Niemal w każdej większej gminie mamy informacje na temat instalacji słonecznej i możliwość zakupienia kolektorów słonecznych różnych typów, pochodzących od różnych producentów, za pośrednictwem sklepów hydraulicznych lub firm instalacyjnych, działających na lokalnym rynku.

Jednakże, mając do czynienia z zestawem 2 płaskich kolektorów za cenę ca 3000-4000 zł, każdy inwestor zastanowi się, czy nie kupić czasem kotła z podajnikiem na za 5500 zł albo zwykłego, nowoczesnego kotła gazowego dwufunkcyjnego za kwotę 3500-4000 zł? Inwestycje w energetykę słoneczną będą się zwiększały, ale nie może pojawiać się takie dezawuowanie informacji, jakie ma obecnie miejsce. Jeżeli mamy dostać 45% dotacji, to uważam, że różnica nie powinna przekraczać 5-7%. Nadto, nie może być tak, że inwestor jest uwiązany kredytem, którego nie może wcześniej spłacić, bo to wzbudza poważny niepokój. Nie może również być tak, że inwestor jest tylko do płacenia, uzależniony od wykonawcy i firmy, która ma wpływ na jego kredyt. Poczucie pełnej zależności, a także skomplikowania działania, przy realiach wskazujących na nierzetelną informację, sumuje się, dając negatywną ocenę w zakresie zakupu małych instalacji.

Uprościć procedury! Nie rozumiem, dlaczego do tej pory nie wprowadzono najprostszego rozwiązania i dopłaty do kolektorów sprzedawanych na polskim rynku. Wystarczyłoby przy zakupie podpisanie „zaświadczenia o nabyciu kolektora”, w którym podane byłyby podstawowe informacje:

  • imię i nazwisko inwestora wraz z zakresem korespondencyjnym i telefonem,
  • miejsce budowy i montażu kolektorów,
  • typ i rodzaj zakupionych kolektorów oraz ich producent ze wskazaniem certyfikatu,
  • powierzchnia absorbera (pow. aktywna),
  • koszt zakupu kolektorów i instalacji słonecznej – z zaznaczeniem dopłaty 45%,
  • punkt sprzedaży z danymi i zaznaczeniem udzielonej bonifikaty 45%.

Pozyskane dane byłyby przekazywane do producenta, który udzielałby swoistego „kredytu kupieckiego” z możliwości odliczenia wskazanej kwoty do dofinansowania. Takie działania prowadziłyby do tego, że kolejki ustawiałyby się pod drzwiami sklepów handlowych i producentów. Niestety tak nie jest i nic nie wskazuje, że tak będzie. Zatem ci, co będą zakupywali instalacje duże, wpłyną na dane statystyczne całego kraju i znów okaże się, że mamy wszystko na jak najlepszej drodze.

Przypominam również przedstawiany „Projekt ustawy o wykorzystaniu energii odnawialnej” z 2003 r. własnego autorstwa. Podobne dwa projekty były opracowane przez inne jednostki zajmujące się energetyką odnawialną. Opinia Polskiej Izby Gospodarczej Energii Odnawialnej wskazywała również na brak regulacji prawnych i konieczność powołania zespołów roboczych (o tym pisałem już w 1999 r.!).

Mając dodatkowy atut, jakim jest Dyrektywa Unii Europejskiej 2009/28/WE, obowiązująca od czerwca 2009 r., nie sposób oprzeć się zahamowaniom w jej stosowaniu. Jeżeli Dyrektywa ta jest tak nowoczesna i nowatorska, to dlaczego nie obliguje nas i inwestorów w Polsce? W tym miejscu dodam, że miałem okazję rozmawiać na ten temat z ministrem budownictwa, któremu zadałem to samo pytanie. Niestety usłyszałem odpowiedź, że nadrzędnym prawem jest polskie „Prawo budowlane”, a nie Dyrektywa UE. Z przykrością odnoszę się do tego stwierdzenia, ponieważ świadczy ono o tym, że musimy naszą edukację przechodzić przez wiele lat, zaczynając od najmłodszych pokoleń, aby zrozumieć konieczność wybierania tego, co najlepsze. Jeżeli jednak mamy stosować systemy energooszczędne, to nie możemy aprobować np. zapisu art. 61 Prawa budowlanego, na który powołuje się niekompetentna osoba (np. osoba z zarządu wspólnoty mieszkaniowej nakazuje stosowanie stalowych rur w instalacjach grzewczych albo zabrania stosowania kolektorów słonecznych). To są przypadki z życia wzięte, ale wskazujące na patologię i niechęć nie tylko do nowych technologii, ale też rozwiązań unijnych, które obligatoryjnie nas obowiązują jako kraj. Podstawę prawną stanowi zapis art. 87 źródła prawa – konstytucja z dn. 1.08.1997 r., Dz. U. nr 78 poz. 483. Niestety mało kto, nawet na szczeblu decyzyjnym, o tym pamięta lub potrafi właściwie zinterpretować taki zapis. Osobiście powiem, że przerażony jestem opiniami prawnymi lub opiniami biegłych sądowych, w których padają stwierdzenia, że najlepszym źródłem ciepła jest wyłącznie „miejska sieć ciepłownicza”.

Aby poprawić nie tylko stan świadomości społecznej, ale także skuteczność stosowania naszych przepisów z zakresu instalacji, należy uprościć procedurę postępowania dla zwykłych użytkowników, a specjalistom pozostawić działania wykonawcze i opiniodawcze wraz z uwzględnieniem opinii technicznych w zakresie modernizacji źródeł ciepła.

Imponujące osiągnięcia Patrząc jednak na działania specjalistów, na przykład fotowoltaiki, to osiągnięcia w wykorzystaniu ogniw PV są imponujące. Duże zaangażowanie Polskiego Towarzystwa Fotowoltaiki pozwoliło na przełamanie barier w zakresie powszechnego zastosowania ogniw PV przy obsłudze oznakowania komunikacyjnego. Znaczna poprawa bezpieczeństwa została bardzo szybko zauważona nie tylko przez specjalistów, ale przez zwykłych ludzi, którzy wzorem naśladownictwa sami stali się „fanami” energetyki słonecznej. Działania na krajowym rynku wskazują jednak na istniejące problemy w rozumieniu energetyki przemysłowej, związanej z OZE oraz przyznawaniem zielonych certyfikatów. Sprawa zmniejszenia niskiej emisji spalin jest znacząca, ale zwróćmy uwagę na fakt, że to my mamy gospodarkę energetyczną opartą na węglu kamiennym, a nie na elektrowniach atomowych. Handel emisjami spalin jest zatem nadal pomysłem z minionych lat i przypomina dzielenie skóry na niedźwiedziu. Zamiast pod koniec lat 90. zająć się promowaniem i zwiększaniem zastosowania energetyki odnawialnej, kolejne rządy zajmowały się wykazywaniem nowych osiągnięć. Najgorszym okresem był początek XXI wieku i działania, które zablokowały rozwój OZE na równe 5 lat. Właśnie wtedy powstawały pomysły i plany jedynie „papierowe” zamiast rozwijanych form rzeczywistego wsparcia. Ta struktura i mentalność przetrwały, niestety, do dziś i odnoszą swoje skutki. Czasy zapaleńców i wizjonerów się skończyły, obecnie nikt nie ma chęci rozwiązywania problemów za decydentów. Klienci oczekują profesjonalizmu, wyrobów na najwyższym poziomie, dużej jakości i gwarancji poprawności wykonanych usług. Czasami jednak lepiej może „dogadać” się z dobrym producentem, który sam poleci nam zaufanego instalatora, a ten dostarczy kompletną instalację i prawidłowo wykona usługę. Cena, jaką zapłaci klient w przypadku małej instalacji, okaże się konkurencyjna do ceny oferowanej instalacji z pełną obsługą formalną, a także całym zapleczem biurokratycznej obsługi, niezbędnej w zakresie kredytu bankowego. Osobiście mogę powiedzieć, że mam bardzo mieszane odczucia i skłamałbym, gdybym powiedział, że należy z pewnością brać kredyt preferencyjny na zakup 2-3 kolektorów. Na pewno opłaca się to przy zakupie 10, lub większej liczby kolektorów.

Zdecydowanie uważam, że jeżeli nasze banki i handlowcy nie podpiszą jednego porozumienia, które doprowadzi do odciążenia w obowiązkach inwestora w zakresie wypełniania formalności przy zakupie instalacji słonecznej, zainteresowanie OZE nie będzie rosło w sferze najmniejszych instalacji (w odróżnieniu do dużych, a nawet bardzo dużych instalacji). Twierdzenie, że „jest dobrze”, już dziś nie wystarcza. Takie poczynania są bardzo wygodne i dobre zarówno dla banku, jak też inwestora i wykonawcy, co nie oznacza osłabienia i wyeliminowania rzeczywistego wsparcia dla najmniejszych instalacji. Kwoty deklarowanych dopłat muszą odpowiadać warunkom rzeczywistym i o tym należy mówić uczciwe, tak by potencjalny inwestor nie dowiadywał się na koniec spisywania kredytu bankowego, że rzeczywisty koszt instalacji wynosi 12-14 tys. zł (a reklama w sklepie wskazywała np. 8800 zł*).

Osobiście byłem świadkiem kilku takich sytuacji, kiedy po zgromadzeniu wielu dokumentów i po kilku wizytach w różnych bankach klienci rezygnowali z przyznanych kredytów. To o czymś świadczy, a nam wszystkim zależy na dużej liczbie zainstalowanych kolektorów słonecznych, znacznych oszczędnościach energetycznych, a przede wszystkim zyskach finansowych i pełnej niezależności od dostawców energii.

dr inż. Zbigniew Tomasz Grzegorzewski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona korzysta z ciasteczek (cookies) Więcej informacji

Ustawienia plików cookie na tej stronie są włączone na "zezwalaj na pliki cookie", aby umożliwić najlepszy z możliwych sposób przeglądania. Jeśli w dalszym ciągu chcesz korzystać z tej strony, bez zmiany ustawienia plików cookie lub kliknięciu przycisku "Akceptuję", a następnie użytkownik wyraża zgodę na to.

Zamknij