Coś tu śmierdzi, czyli gaz w kanale. Czujniki w ruch

zobacz artykuł w formie pdf  zobacz pdfa zobacz pdfa    

Metan, siarkowodór, „stęchłe powietrze”, brak tlenu, po prostu smród, a nawet przeciek z sieci gazowej. Ale to…? Kanał to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc pracy. Sam o mało w nim nie utonąłem, pomimo że z wodą (ściekami również) jestem oswojony od dziecka. Mam wiele patentów wodniackich. Nurkuję od 28 lat (z lepszym lub gorszy skutkiem). Kanał jednak to co innego. Tam ścieki bywają nieobliczalne, a niebezpiecznych sytuacji jest nieskończenie wiele. Kanał może zaskoczyć wszystkim. Przebywając (pracując) w kanale, trzeba mieć wiedzę i ciągle myśleć. Trzeba też mieć praktykę zdobytą we współpracy ze „starymi fachurami”. Ale i tak w kanale nigdy nie będziecie bezpieczni.
Przeczytałem artykuł pt. „Bezpiecznie w kanale” („Magazyn Instalatora” 2/2013 – przyp. red.). W kanale nigdy nie będzie bezpiecznie. W kanale może być tylko mniej niebezpiecznie. Śliskie dno, obrywające się stopnie, nurt, gazy, obluzowane cegły… Zwykłe otarcie naskórka w kanale jest problemem i może mieć poważne następstwa (koniecznie trzeba pamiętać o szczepieniu!). Poruszanie się (w przypadku koniecznym) w aparacie izolacyjnym w kanale o wysokości 1,2 m to wyczyn, przynajmniej dla mnie. Aparat obija się o strop ciaśniej niż zwykle. Musi to być aparat typu górniczego, taki z płaską obudową, bo strażacki z okrągłą butlą może się okazać za duży. Wiem, o czym mówię. Byłem jeszcze w czasie studiów z tym urządzeniem w kanale. Ale to wszystko powyżej można mniej lub bardziej przewidzieć. Teraz historyjka z cyklu „The story is true”.
Przyszedłem do biura i, jak rzadko kiedy to się zdarza, miałem 5 minut na kawę w filiżance z ekspresu, a nie jak zwykle na plujkę z fusami w kubku. Flirtowałem właśnie z długonogą i bardzo inteligentną sekretarką techniczną (pozdrawiam Pani Olu!), a tu przychodzi sam zastępca przewodniczącego związków zawodowych z dyrektorem naczelnym Betowenem (kolejność nieprzypadkowa). Kawa pod stół, sekretarka nogi „grzecznie” (a szkoda) i do komputera… A ja, no cóż, nic… Doskonale wiedziałem, że się nie wywinę, tylko nie wiedziałem jeszcze z czego. Zaczęło się od: „panie inż. Ryskalczyk…”. Niedobrze, jak tak z tytułami zaczynają – myślę sobie – będą kłopoty. Już mnie ustawiają na swoje miejsce. Oni w garniturach, ja w swetrze – nie mam dobrej pozycji.
– Poprosimy do gabinetu.
Myślę sobie: „poprosimy” – sam dyrektor czy z kolegą przewodniczącym? Nie należę do związku, więc czemu miałby mi wydawać polecenie? Ale kto wie?
Obraz na ścianie, taki obojętny „landschaft”, słynny dywanik, na którym już nie jeden kajał się podczas przesłuchania. Siadają, mnie nie proszą, ale i ja po prostu siadam. Chyba zdobyłem punkt. Nie okazałem zdenerwowania.
– Z kratki kanalizacyjnej czuć gaz, czy pan coś o tym wie inż. Ryskalczyk?
– Nie.
– A pan przewodniczący wie.
Jakby mógł nie wiedzieć, przecież jest wszechwiedzący.
– Ale gdzie?
– Na parkingu.
Ulżyło mi. Pan Przewodniczący (hydraulik) i dyrektor (z zawodu dyrektor; trochę taki jak w filmie pt. „Poszukiwany poszukiwana”) użyli potocznego określenia wpustu podłogowego w budynku na określenie wpustu ulicznego. Problem zmalał, bo w budynku byłby „do kwadratu”. Na ulicy zagrożenie jest mniejsze, gaz się nie gromadzi tak intensywnie, trudniej o przekroczenie progu wybuchowości. Przewodniczący z godnością prowadzi mnie „na smyczy” do wspomnianego wpustu. Tu dość szybko orientuję się, że przypisał sobie zasługę proletariackiej czujności. To ochroniarz powiedział: „Panie Wątroba, coś tu śmierdzi!” (mam wrażenie, że przewodniczący najpierw pomyślał, że politycznie śmierdzi). No i śmierdziało. Gratulacje dla ochroniarza! Wyczuł, że ten zapach z kanału jest trochę inny. Śmierdziało jak zwykle, ale z jakąś nutką gazową trochę dziwną, ale wyraźną. Znam zapach kanału świetnie. Działa dobrze na katar… Jedno „sztachnięcie” i bakterie w nosie padają. Ludzie mówią „smród”. Ja go tak nie nazywam. Jestem jak endemit. Jak sobie nie powącham spalin ze spawania, pakuł, farb czy kanału, zaraz boli mnie głowa.
– Dawaj no tu gazownika z czujnikiem.
Rysiek Łuczywo przyszedł nieśpiesznym krokiem. Z elegancją i wyczuciem swojej roli wyjął czujnik, dmuchnął na niego (od tego „wczorajszego” chuchu mało nie zawył). Ale trudno, jest taki gazownik, innego nie ma. Jak go odeślę, nie będzie z kim robić. Formalnie trzeźwy.
– No jest, Panie Maćku.
– No jest, ale mało.
– To jest czy nie?
– Może zostać.
– To mogę wrzucić peta?
I wyciągam paczkę pomiętych szlugów z kieszonki.
– Nie! Waruj Maciek!
Wyrywa się gazownikowi, tak naprawdę tylko ta służbowa sztywność powoduje, że nie jesteśmy po imieniu.
– To jest? Tak?
– Tak. Dawno „nie jechali z wodą” i syfon wysechł i capi jak ze sławojki.
– Dobra, dość zabawy, dzwonię do „kanałów”. To ich obiekt, niech przyjeżdżają.
Przyjechali z kanałów. Miło popatrzeć. Mają opanowane ruchy. Widać, że wiedzą, co robią. Stoję obok ich majstra. Dwa razy szerszy w ramionach niż ja. Zapalić nie mogę, a chłopaki, nasi i tamci, węszą z czujnikami.
Przewodniczący ulotnił się po angielsku (wiadomo, sprawa śmierdzi), a gaz nie chce!
– Jest w kanale, jest we wpustach i studzienkach, nawet 100 m dalej. Niedobrze! Może już czas „szarpnąć” gazownię?
Robi się nerwowo. Gaz czuć wyraźnie, jakby coraz mocniej, ale dziwnie pachnie.
Żartujemy, bo napięcie rośnie, więc należy rozluźnić atmosferę). Trzeba decydować, a czas ucieka. Wietrzenie praktycznie nic nie daje.
– Jest, szefie. To ten samochód!
– ???
Okazało się, że nad wpustem ulicznym był zaparkowany samochód na LPG. Przeciekał, a gaz wlewał się do kanału przez wyschnięty syfon. No to trzeba foierwachmanów. Nas to przerasta. Teraz każdy z Czytelników grzecznie powtórzy numer straży pożarnej – 998, numer pogotowia – 999 i na policję – 997. Jak ktoś chce, może znać jeszcze numer straży miejskiej Ja jednak wolę ww. „fachmanów”. Telefonu 112 jeszcze w tamtych czasach nie było. Poza tym numer ten ma wadę – wydłuża czas reakcji. Dyspozytorka musi połączyć się z odpowiednią służbą. Nie ma wtedy kontaktu z nami i nikt nie może uzupełnić szczegółów. Korzystam z niego tylko wtedy, gdy nie wiem, komu zgłosić problem. Normalnie, w razie wypadku, dzwonię pod 999. Wtedy wyspecjalizowana operatorka zada właściwe pytania, a w razie konieczności poda odpowiednie wskazówki do udzielania pierwszej pomocy (ja też mogę ich potrzebować, choć przeszedłem wiele szkoleń w tym zakresie i mam międzynarodowy certyfikat). Jeżeli będzie trzeba, to dyspozytorka poprosi lekarza, który „przyszyje nogę przez telefon”. Teraz to się nie zdarza, ale kiedyś na pogotowie czekało się godzinami. W karetce (zdezelowana nyska) tlen i trochę leków. Proszę nie wzywać pochopnie tych służb. Zawsze trzeba pamiętać o tym, że ich ilość jest ograniczona.
Wróćmy jednak do naszego gazu. Jak przyjechali strażacy, to był popis.
– Ten samochód?
– Ten!
Czujniki w ruch. Ulica zamknięta była już przez nas, choć zgodnie z prawem nie mamy do tego prawa, ale co tam kodeksy przy gazie. Postawili wóz w odpowiedniej odległości, każdy hełm na głowie, aż mi się zrobiło głupio, że my bez kasków byliśmy. Błyskawicznie otworzyli maskę, odcięli akumulator, odcięli też zbiornik w bagażniku. Wodociągi przewietrzyły kanał.
– No to na razie! Do zobaczenia przy innej okazji.
– No, ale nie takiej! Może kiedyś w knajpie?
– Dobra, ale też w kaskach. Mogą się przydać.
Wróciłem do biura. Nogi pani Oli poszły już do domu, kawa pod stolikiem wystygła, a dyrektor psuł sobie wątrobę na bankiecie, dla dobra przedsiębiorstwa.
Imiona zmienione lub nie. Ze sklerozą nie mam problemów póki co, ale na wszelki wypadek, zgodnie z zasadą „mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany”, imion nie zapamiętuję. Tylko te twarze ludzi z wodociągów, ze straży pożarnej – pozornie spokojne, rzeczowe, konkretne, a jednak ten ledwo wyczuwalny ślad napięcia gdzieś pod skórą – w takich sytuacjach tak zwany zdrowy poziom stresu. Takie panowanie nad stresem to coś, co mi imponuje. Prawdziwe zawodowstwo. Podnieście czasem kciuk do góry, gdy jadą na sygnale, wzmocnijcie ich. Gdzie możecie, domagajcie się dla tych służb sprzętu i pieniędzy na pensje, by za to co robią, godnie żyli. Jeżeli szukacie przyzwoitych ludzi, to pod tymi numerami telefonów alarmowych najłatwiej ich znaleźć. Ja zawsze po skorzystaniu z jakiejkolwiek pomocy tych służb dziękuję i dzwonię podziękować dyspozytorkom. Panowie, dziękuję! Pełen szacunek! I powrotu cało z każdej akcji i do kasy po, może kiedyś, przyzwoite pieniądze z całego serca życzę.
Ja wpisałem sobie ważne dla mnie telefony alarmowe w „komórę”. Cała sytuacja pozostała we mnie tak, że na zawsze zapamiętałem: „Butle z propan-butanem nie powinny być nigdy umieszczane poniżej terenu, a w kotłowniach na gaz płynny nigdy poniżej wpustów podłogowych i studzienek”. Osobiście unikam w takich miejscach również zlewów i innych oczek kanalizacyjnych.
Maciej Ryskalczyk

Prenumerata Magazynu Instalatora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona korzysta z ciasteczek (cookies) Więcej informacji

Ustawienia plików cookie na tej stronie są włączone na "zezwalaj na pliki cookie", aby umożliwić najlepszy z możliwych sposób przeglądania. Jeśli w dalszym ciągu chcesz korzystać z tej strony, bez zmiany ustawienia plików cookie lub kliknięciu przycisku "Akceptuję", a następnie użytkownik wyraża zgodę na to.

Zamknij