Często straszy się przedsiębiorców dzisiejszym stanem gospodarki Grecji albo Hiszpanii. Jako jedną z głównych przyczyn podaje się bezsensowne wydanie góry unijnych pieniędzy z mizernym skutkiem rozwojowym. Można powiedzieć, że z tego powodu niektóre sektory i grupy przedsiębiorców wpadły w tych krajach w zapaść i wypadły z rynku, zwiększając bezrobocie i dziurę podatkową. Podobne efekty dało w Polsce wydawanie wielkich strumieni pieniędzy na infrastrukturę z okazji mistrzostw Europy w piłce nożnej. Przy tej okazji zbankrutowało ok. 30% firm budowlanych zaangażowanych w te działania, bo rząd jako zamawiający wyśrubował ceny usług.

Moim zdaniem podobnie jest teraz przy wydawaniu unijnych pieniędzy na energetykę odnawialną i ekologię pod wspólnym mianownikiem określonym jako „likwidacja niskiej emisji”. Przykładem nietrafnych inwestycji jest zdecydowana większość tzw. projektów parasolowych. Są one realizowane na poziomie gmin. Samorządy, wójtowie czy burmistrzowie, goniąc za poklaskiem wyborców, nie zważają na realia i efektywność ekonomiczno-ekologiczną i nadmuchują planowane do osiągnięcia parametry projektów, aby tylko dostać dofinansowanie. Nikt z decydentów nie raczy zauważyć, że w ten sposób zabija się rynek usług instalacyjnych, na którym ceny spadły już poniżej granicy opłacalności.

Przetargami na wykonawstwo, poprzez wprowadzanie odpowiednich zapisów w dokumentacjach przetargowych, rządzą duże firmy, np. producent urządzeń solarnych. Wpisanie w PFU zapisu „pokrycie szklane kolektora było grubości min. 3 mm, antyrefleksyjne i pryzmatyczne, wykonane ze szkła solarnego (szyba min. klasy U1 według specyfikacji SPF lub równoważnej)” daje fory tylko jednemu producentowi. Tak „przygotowane” przetargi wygrywają firmy „wskazane” przez tego producenta. Niestety gminy nie wymagają realnego, najlepiej w oparciu o miejscowych serwisantów-instalatorów, zabezpieczenia obsługi serwisowej i eksploatacyjnej powstałych instalacji. Sama kaucja gwarancyjna nie wykona serwisu i nie usunie usterki szybko.

Dmuchanie współczynników projektu zaczyna się najczęściej na etapie opracowywania Programu Funkcjonalno-Użytkowego. Każdy instalator wie, że jeśli „kocioł na paliwa odnawialne ma być wyposażony w ruszt”, to docelowo będą w nim spalane śmieci. A to znaczy, że zakładany w danym projekcie efekt ekologiczny będzie osiągnięty tylko na papierze lub co najwyżej przez okres trwałości projektu. Głównie takie papierowe efekty zliczane są w statystykach.

Nikt nie sprawdza rzeczywistych efektów w miejscu, gdzie zainstalowane są takie urządzenia. Dlatego wysoka emisja była, jest i ma się dobrze. Pomijam fakt, że większość kotłów zamontowanych w gminach w ramach projektów unijnych realizowanych z perspektywy lat 2007-2013 nie spełniała wymogów dla klasy 5 emisji spalin wg EN 303-5:2012, tj. nie powinno być na nie dofinansowań. Instytucje zarządzające funduszami wykorzystywanymi w ramach poszczególnych Regionalnych Programów Operacyjnych nie widzą lub nie chcą widzieć błędów i naginania prawa na poziomie beneficjanta końcowego. Prawie połowa lokalizacji nie spełnia warunków technicznych przewidzianych prawem budowlanym dla kotłowni domowej.

Często też zaniża się stawkę VAT z 23% na 8%, aby tylko użytkownicy (wyborcy) byli zadowoleni. Dla instytucji rozliczających liczy się tylko to, aby na papierze wszystko się zgadzało, a szczególnie osiągnięcie planowanych współczynników. W niektórych projektach, aby je osiągnąć i otrzymać dotację, gminy do projektów dopisywały montaże większych jednostek kotłów na biomasę – np. w szkołach. Dochodziło nawet do tego, że takie kotły montowane były np. w szkołach, gdzie 4-5 lat wcześniej zainstalowano nowoczesne kotłownie olejowe lub gazowe również ze środków pomocowych. Wszystko po to, aby uzyskać lepsze wskaźniki, co przekłada się na większe prawdopodobieństwo otrzymania dotacji.

Podobne „szaleństwo” wskaźnikowe podgrzewane mitem, że zarobi ten, komu za unijne pieniądze zamotują domową instalację fotowoltaiczną, trwa obecnie. Bardzo wielu wójtów chce „zafundować” swoim mieszkańcom instalacje fotowoltaiczne w ramach projektów współfinansowanych z RPO w zamian za przyszłe głosy przy urnach. Tylko nikt nie mówi beneficjentowi końcowemu, kiedy się to opłaca. A dochodzi do tego zamieszanie z polityką prosumencką w ustawie o OZE.

Instytucje pośredniczące w samorządach wojewódzkich, świadome miernych wyników projektów parasolowych osiągniętych w minionym okresie finansowania, wrzucają w Szczegółowe Opisy Osi Priorytetowych na lata 2015-2020 różne obostrzenia mające na celu podwyższyć realną efektywność ekonomiczną i ekologiczną projektów parasolowych. M.in. wyrzucono z kosztów kwalifikowanych wkład kominowy i nakazano bezwzględnie, by kotły miały klasę 5, oraz zażądano gwarancji demontażu istniejącego starego kotła.

W instalacjach fotowoltaicznych montowanych na terenach wiejskich nakazuje się wykorzystywać wyprodukowaną energię elektryczną tylko do celów bytowych, a nie do produkcji rolnej. Ogranicza się też m.in. liczbę beneficjentów końcowych w projekcie realizowanym przez jeden samorząd. Są to zabiegi pełniące funkcję listka figowego punktowo przykrywającego brak systemowych rozwiązań we wspieraniu energetyki odnawialnej na poziomie bezpośredniego konsumenta.

Ustalenia kontrolne NIK pokazują, w gminach zaangażowanych w procesy planistyczne związane z elektrowniami wiatrowymi, częste istnienie sytuacji konfliktu interesów. Osobami fizycznymi, które w pierwszej kolejności skorzystają z planowanej inwestycji, poprzez podpisaną umowę na dzierżawę gruntów pod inwestycję, są często wójt lub jego najbliższa rodzina, urzędnicy gminni, a także radni. Sytuację taką stwierdzono w 30% kontrolowanych gmin. W związku z tym każde działania wójta związane z budowaniem akceptacji społecznej dla planowanej inwestycji, staje się wyjątkowo mało wiarygodne”1.

Tak to wygląda w raporcie NIK w przypadku dużych inwestycji, jakimi są farmy wiatrowe. Ciekawe, jak wyglądałoby takie badanie projektów parasolowych. Beneficjentami końcowymi w pierwszej kolejności są najczęściej radni z rodzinami, urzędnicy gminni (też z rodzinami). W większości przypadków również wójt został „wylosowany” i np. otrzymuje „wymieniony” w ramach projektu kocioł, nawet jeśli wcześniej nie miał, a dom ogrzewał elektrycznie.

Funduje się instalacje kotłowe czy solarne dla „znajomych królika” nawet w budynkach w stanie surowym zamkniętym, które niezgłoszone są jeszcze do starostwa jako mieszkalne. Władze gminy wiedzą o wszystkim, podobnie wykonawcy, kierownicy budów, inspektorzy nadzoru, kontrole z instytucji zarządzających itp. Jednakże w dokumentacji wszystko jest w porządku. Papier wszystko przyjmie. Jedynie lokalni fachowcy, instalatorzy zostają wyrzuceni z rynku pracy lub zmuszani są do świadczenia swoich usług po bardzo niskich cenach.

Andrzej Łepecki

Literatura: [1] https://www.nik.gov.pl/plik/id,10551,vp,12880.pdf

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona korzysta z ciasteczek (cookies) Więcej informacji

Ustawienia plików cookie na tej stronie są włączone na "zezwalaj na pliki cookie", aby umożliwić najlepszy z możliwych sposób przeglądania. Jeśli w dalszym ciągu chcesz korzystać z tej strony, bez zmiany ustawienia plików cookie lub kliknięciu przycisku "Akceptuję", a następnie użytkownik wyraża zgodę na to.

Zamknij